A. Cole & C. Bunch        Sten

    . 3 .    

    - Zapamiętaj sobie, synu. Musisz patrzeć na niego jak na niedźwiedzia.

    - Tato, a co to jest niedźwiedź?

    - No wiesz. Taki, jakiego używa Gwardia Imperialna do ćwiczeń. Widziałeś jednego na filmie.

    - A, tak. Wygląda jak Doradca.

    - No, może trochę, tylko nieco bardziej owłosiony i mniej nadęty. Mimo wszystko, kiedy siedzisz w ćwiczebnym wozie i patrzysz w dół na niedźwiedzia, to też nie wygląda tak groźnie. Ale gdyby tak stanął przed tobą...

    - Nie rozumiem.

    - Ten niedźwiedź, to jak Vulcan. Gdybyś był wysoko, w Oku, to wszystko wyglądałoby zupełnie dobrze. Ale kiedy jesteś Migiem, tu, w dole...

    Amos Sten kiwnął głową i nalał sobie następny kufel narkopiwa.

    - Karl, musisz sobie zapamiętać, aby nigdy, ale to nigdy nie dać się złapać temu niedźwiedziowi.

    Tego Sten zdążył się już nauczyć. Dzięki Elmorowi. Elmor to był stary Mig, mieszkający w samodzielnym mieszkaniu na końcu korytarza. Większość wolnego czasu spędzał na placu zabaw, opowiadając dzieciom bajki.

    To były piękne opowieści, element tradycji, którą ci przemysłowi wieśniacy przywieźli na Vulcana z tysięcy światów, i która tu zrodziła ich podziemną kulturę.

    Zbiory Ardmoru. Duchy statku z Capelli. Farmer, który został królem.

    I własne legendy Vulcana. O Buntowniku, który uratował Kompanię. Niesamowite, szeptane opowieści o kopułach magazynów i fabryk, w których od pokoleń nie postała noga człowieka, ale wciąż coś żyło i poruszało się wewnątrz.

    Ulubioną bajką Stena była ta, którą Elmor opowiadał najrzadziej - jak to kiedyś, pewnego dnia, wszystko się zmieni. Przybędzie ktoś z innego świata i powiedzie Migów w górę, do Oka. Nadejdzie dzień porachunków i system obiegu powietrza wypluje krew Execów. Najlepsze było na końcu, kiedy Elmor mówił powoli, że człowiek, który powiedzie Migów, też będzie Migiem.

    Rodzice z korytarza nigdy nie zwracali uwagi na Elmora. Trzymał dzieciaki z daleka od kłopotów i byli mu za to wdzięczni. Każdego Dnia Założyciela przelewali na kartę Elmora coś w rodzaju prezentu. Nawet jeśli zdawali sobie sprawę, jakiego rodzaju są te opowieści, to i tak milczeli. Po prostu milczeli.

    Koniec był więc nieunikniony. Któreś dziecko za dużo gadało do niewłaściwej osoby. Takiej jak Doradca.

    Pewnego popołudnia Elmor nie przyszedł. Wszyscy zastanawiali się, co zaszło. Potem temat zaczął nudzić i wszyscy zapomnieli.

    Ale nie Sten. Spotkał kiedyś Elmora w Dzielnicy. Wielki i niezgrabny człapał powoli za maszyną sprzątającą ulicę. Zatrzymał się przy Stenie i spojrzał w dół na chłopca.

    Usta Elmora otworzyły się, próbował coś powiedzieć. Lecz język tylko drżał bezsilnie, mowa brzmiała jak niezrozumiałe pomruki. Maszyna zaświstała, Ehnor posłusznie obrócił się i poszedł za nią. Stenowi przez głowę przeleciała jedna myśl: pranie mózgu.

    Powiedział ojcu o tym, co widział. Amos skrzywił się.

    - To jest tajemnica, którą musisz poznać, synu. Naucz się być od nich sprytniejszy. Naucz się zygzakować.







   - I co ja ci mówiłem o zygzakowaniu, synu?

    - Nie mogłem, tato. Było ich czterech, i każdy większy ode mnie.

    - To źle, chłopcze. Ale w życiu napotkasz jeszcze wiele większych od ciebie rzeczy. Jak masz zamiar dać sobie z tym radę?

    Sten namyślał się przez chwilę.

    - Nie wyglądają tak strasznie, kiedy patrzy się na nich od tyłu, prawda, tato?

    - Co za paskudna myśl, Karl. Paskudna. Zwłaszcza że prawdziwa.

    Sten wstał.

    - Dokąd idziesz?

    - Ja... chciałem iść się bawić.

    - Nie. Niech najpierw zniknie ten siniak pod okiem. I niech ludzie zapomną.







    Dwa tygodnie później jeden z tych czterech chłopców wspinał się po linie podczas ćwiczeń. Lina pękła. Spadł z wysokości sześciu metrów na stalową podłogę.

    Trzy dni później dwóch innych buszowało po nie wykończonym korytarzu. Pewnie mieli po prostu pecha, bo stali pod ścianą, której wsporniki nie wytrzymały. Kiedy wypuszczono już chłopców ze szpitala, Doradca udzielił ich rodzicom nagany.

    Przywódca atakujących Stena także nie miał szczęścia. Wracał do domu późnym wieczorem i ktoś pobił go do nieprzytomności. W wyniku przeprowadzonego śledztwa Doradca stwierdził, że sprawcą prawdopodobnie był Buntownik, członek jednego z młodzieżowych gangów buszujących po opuszczonych sektorach Vulcana, taki typ o jeden krok od prania mózgu.

    Wyjaśnienia Doradcy przyjęto do wiadomości. Stena już zawsze pozostawiano w spokoju.







   - Karl, chciałbym chwilę z tobą porozmawiać.

    - Tak, tato?

    - Ja i inni byliśmy na spotkaniu z Doradcą.

    - Och.

    - Zastanawiasz się pewno, czego chciał.

    - Tak. No tak. Jasne, że o tym myślę.

    - I nie masz najmniejszego pojęcia, o co chodzi?

    - Nie, tato.

    - Tak właśnie myślałem. Zdaje się, że jakiś młody Mig wynalazł coś. Jakiś rodzaj rozpylacza. Nie wiesz może czegoś na ten temat, chłopcze?

    - Nie, tato.

    - No pewno. Ten rozpylacz śmierdzi jak... no, tak jak wtedy, kiedy zbiornik ścieków wylał się na Korytarz Tysiąc Osiemset Czterdziesty Piąty. Pamiętasz to?

    - Tak, tato.

    - Coś cicho jesteśmy dzisiaj, synku, co? Idźmy dalej. A więc ktoś poszedł i spryskał tym Doradcę i czterech z jego pomocników. Spryskał ich portki, kiedy usiedli. Skrywasz uśmiech, czy mi się tylko tak wydaje?

    - Nie, tato.

    - Tak myślałem. Doradca zażądał, by rodzice przeprowadzili dochodzenie, po czym oddali tak aspołeczne dziecko w ręce sprawiedliwości.

    - Co masz zamiar zrobić, tato?

    - Już zrobiłem. Poszedłem do biblioteki. Twoja mama rozmawiała z bibliotekarzem, a ja przejrzałem fiszki, żeby sprawdzić, kto ostatnio czytał podręczniki do chemii.

    - O.

    - Tak. O. Niestety, wyszedłem i zapomniałem oddać te fiszki.

    Sten siedział cicho jak mysz pod miotłą.

    - Mój ojciec powiedział mi kiedyś, że zanim zacznę kogoś podpalać, powinienem najpierw sprawdzić, czy co najmniej sześciu innych ludzi nie ma pochodni w swojej skrzynce z narzędziami. Czy rozumiesz, o czym mówię?

    - Tak, tato.

    - Tak też mi się zdawało.







    Jednym z najlepszych wydarzeń było to, o którym Sten zawsze myślał jako o Czasie Jaszczura.

    Jaszczury, wyjątkowo obrzydliwe małe drapieżniki, zostały odkryte przez statki zwiadowcze Kompanii na jakimś piekielnym świecie. Nikt nie wiedział, dlaczego załoga wracając przywiozła kilka okazów tych psychopatycznych małych gadów. Ale przywiozła.

    Mając zaledwie dwadzieścia centymetrów wysokości, Jaszczury przejawiały chęć zatopienia swoich szczęk i pazurów w ciałach przeciwników nawet sto razy większych. Jeden z nauczycieli Stena, pochodzący z Primy, powiedział, że Jaszczury wyglądają jak małe tyranozaury.

    Chociaż prawie wszystkiego nienawidziły tak samo, to szczególną niechęć żywiły do osobników własnego gatunku. Z wyjątkiem krótkiego okresu godowego nic nie sprawiało im większej przyjemności niż rozszarpanie na sztuki innego Jaszczura. To właśnie czyniło je idealnymi zwierzętami do walk na arenie.

    Amos właśnie otrzymał od Kompanii nagrodę za odkrycie tego, że jego obrabiarka może pracować dodatkowo tysiąc godzin pomiędzy konserwacjami, jeśli wylot rury wydechowej zostanie odsunięty od wlotu powietrza do układu chłodzenia komputera. Z wielką pompą skrócili mu kontrakt o rok.

    Amos, zawsze pierwszy do hazardu, użył tego rocznego kredytu do zakupienia Jaszczura.

    Sten z początku nienawidził gada, zwłaszcza że błyskawiczne kłapnięcie szczęk omal nie pozbawiło go małego palca.

    Amos wyjaśnił mu:

    - Ja też nie przepadam za tym żarłokiem. Nie lubię tego, jak wygląda, jak śmierdzi i jak żre. Ale to będzie nasz bilet na wyjazd z Vulcana.

    Argumenty były przekonujące. Amos planował wystawiać jaszczura w krótkich walkach i zakładać się o małe sumy.

    - Wygrywamy mało, miesięczny kontrakt tu, tygodniowy tam. Ale wcześniej czy później wygramy dość, aby stąd prysnąć.

    Nawet matka Stena dała się przekonać, że coś będzie z tego najnowszego marzenia Amosa.

    A piętnastoletni wówczas Sten z całej duszy pragnął wydostać się z Vulcana, pragnął tego bardziej, niż czegokolwiek innego. Więc karmił troskliwie Jaszczura, powstrzymywał mdłości znosząc obrzydliwy smród, i usiłował nie krzyczeć zbyt głośno, gdy po karmieniu spóźnił się z cofnięciem ręki z klatki.

    I przez jakiś czas zdawało się, że wielki plan Amosa działa. Aż do tej nocy, kiedy Doradca pojawił się na walkach prowadzonych w nie używanym korytarzu parę przecznic dalej.

    Idący za Amosem Sten niósł klatkę z Jaszczurem na arenę. Doradca dostrzegł ich poprzez ring i pospieszył na spotkanie.

    - No cóż, Amos - powiedział serdecznie - nie wiedziałem, że puszczasz Jaszczura do walki.

    Amos ostrożnie skinął głową.

    Doradca zlustrował popiskującą pod ramieniem Stena bestię.

    - Chyba masz niezłego zwierzaka, Amos. Co byś powiedział na to, żeby wystawić go przeciwko mojemu w pierwszej rundzie?

    Sten spojrzał przez ring i zobaczył opasłego, wielkiego Jaszczura, którego niósł jeden z pomagierów Doradcy. Powiedział:

    - Tato, nie możemy. To jest...

    Doradca zerknął na Stena krzywym okiem.

    - Pozwalasz chłopakowi decydować za siebie, Amos?

    Amos pokręcił głową.

    - No tak. Pokażmy im, że jesteśmy najlepszymi i najuczciwszymi ze sportowców. Pokażmy innym korytarzom, że jesteśmy znudzeni ich rozlazłymi gadami, i wolimy wystawić nasze. Zgoda?

    Czekał. Amos wziął kilka głębokich oddechów.

    - Wydaje mi się, że nie zdecydował pan jeszcze, kto przejdzie do wytwarzania drutów, czyż nie?

    Doradca uśmiechnął się.

    - No właśnie.

    Nawet Sten wiedział, że noszenie długich na kilometry prętów z rozpalonego do białości metalu było najbardziej niebezpiecznym zadaniem na zmianie Amosa.

    - My, ja i mój chłopak, będziemy dumni, że nasz Jaszczur walczy z pańskim Jaszczurem, panie Doradco.

    - To świetnie - powiedział Doradca. - Dajmy naprawdę świetne widowisko.

    Pospieszył z powrotem dookoła areny.

    - Tato - spróbował Sten - jego Jaszczur jest dwa razy większy od naszego. Nie mamy żadnej szansy.

    Amos kiwnął głową.

    - Tak właśnie to wygląda. Ale pamiętasz, jak ci mówiłem, żeby nie robić tego, czego się inni po tobie spodziewają? Weź moją kartę. Leć do automatu z soją i kup tyle, ile zdołasz zmieścić pod ubraniem.

    Sten porwał kartę ojca i przecisnął się przez tłum.

    Doradca był zbyt zajęty chwaleniem się, co może zrobić jego bestia, aby zauważyć, że Sten wkłada pasma surowej soi do klatki wielkiego Jaszczura.

    Po krótkiej chwili wrzasków, kłótni i przyjmowania ostatnich zakładów klatki z Jaszczurami zostały wniesione na ring, ustawione i szybko otwarte.

    Zwierzak Doradcy, obżarty do rozpuku, wytoczył się z klatki, ziewnął i zwinął do snu. Zanim zdążył się obudzić, Jaszczur Amosa już go strawił w połowie.

    Dookoła areny zaległa śmiertelna cisza. Amos spoglądał tak niewinnie, jak tylko potrafił.

    - Tak, proszę pana. Miał pan rację. Pokazaliśmy im, że jesteśmy najlepszymi sportowcami, prawda, proszę pana? Doradca nic nie odpowiedział. Po prostu odwrócił się i zaczął przepychać się przez tłum.

    Po tym wszystkim Amos nie zdołał już wystawić swojego Jaszczura do żadnej walki na żadnych warunkach. Nikt nie żałował, kiedy Jaszczur zdechł - tak jak i wszystkie inne - po miesiącu czy dwóch. Ktoś powiedział, że to z powodu braku niezbędnych składników diety.

    Do tego czasu Amos zajął się już obmyślaniem następnego planu wydostania siebie i rodziny z Vulcana.

    Nadal planował, gdy Thoresen wysadził Dzielnicę w powietrze.

następny